czwartek, 30 maja 2013

Od Dinel

    Słońce wschodzi...Wiatr z północy...Mam już nudności...Wstałam z łóżka i pochwyciłam łuk i zeszłam po schodach.
-A dokąd to pani?-spytał mój kucharz-Tak bez śniadania?
-Dokładnie.-prychnęłam i odepchnęłam go na bok.Wyszłam z zamku.Potem zeszłam w stronę trzeciego pierścienia,potem do drugiego i wreszcie do pierwszego.Ten podział mnie wykończy,chyba trzeba zezwolić na dorożki w tych miejscach...Zdyszana wyszłam poza mury.Gwizdnęłam przeciągle.Nagle w blasku wschodzącego słońca wylądował srebrno grzywy rumak...Celeste...Jak na razie mój jedyny przyjaciel.
   Wsiadłam na klacz,jechałam na niej na oklep.Wszystko pięknie,ale nagle HUK!Celeste spłoszona pognała do lasu,ale spadłam.
-Ała...Mój tyłek..-parsknęłam i wstałam-Zabije Alchemika!-syknęłam.
Szybko wlazłam za mury...Znowu schody!!!Zabiję się teraz jak nie później...Zaczęłam wlec się w górę.Na szczęście ten niekompetentny idiota ma pracownie nisko w pierwszym pierścieniu.Zapukałam gwałtownie.Drzwi otworzył mi elf niższego wzrostu w okularach,cały osmolony.
-O królowa...Co pani...Tu...Heh...Robi.
-Przychodzę,by oświadczyć,że jutro masz się zjawić na egzekucji.-dodałam niby spokojnie.
-Och,a poco...Ja tam?-spytał poprawiając okulary.
-Żebyś zawisł głupcze,spłoszyłeś mojego konia!-krzyknęłam,
-Wie pani,po co te nerwy?Należy się cieszyć,koń mógł mieć wściekliznę.
Uderzyłam się w czoło i bez słowa siadłam na schodach nieco niżej.
-A pani nie idzie?
-Nie,mam obity tyłek i jestem zmachana,jeżeli jeszcze raz zejdę po tych schodach osobiście rzucę się z dachu.
    Kiedy słońce było już w zenicie leżałam jak placek na schodach.W końcu wstałam i znów zlazłam.
Ponownie gwizdnęłam,klacz znowu się pokazała.Wsiadłam na nią i zaraz ruszyłam.Dałam jej zawieść mnie tam gdzie chce.Ja ufałam jej,a ona mi.Po krótkiej jeździe stanęła na Łące Czterech Wiatrów.Tutaj zawsze było spokojnie,wszystkie cztery wiatry nie docierały do tych miejsc...Szłam do strumyka,tam zaczerpnęłam wody...Wszędzie była mgła,nagle w mgle ujrzałam sylwetkę elfki,była ona ubrana na złoto i rozmywała się w oparach wody.
-Ninquen...-szepnęłam  i wyciągnęłam rękę-Kochałaś ten strumień...
Nagle postać znikła a moje ręką zawisła w pustej mgle.Siadłam smutna na brzegu strumienia,a klacz lekko dotknęła mnie chrapą na pocieszenie.

C.D.N.

Sarah ' Łowy '

Wybierałam się właśnie na łowy, ponieważ tak rozkazała mi ciotka. Kiedy próbowałam zdobyć pożywienie, jednocześnie musiałam uważać na czyhające niebezpieczeństwo. Byłam zwykło elfką, niby nic nie znaczącą, bezbronną i słabą. Idealny łup dla wampirów, wilkołaków, ogrów, trolli i innych obrzydliwości. Felicja nauczyła mnie prostych zaklęć, które ułatwiają mi życie w królestwie czarownic. Nie jestem tam, gdzie być powinnam, ale co mam zrobić? Po mojej ukochanej Dryvilli nic już praktycznie nie zostało, tylko opustoszałe domki i kamienie. Dla mnie to była wioska marzeń, a teraz... strach się tam wybrać. Zwłaszcza, że jest to w innej krainie.
W pewnym momencie usłyszałam dźwięk łamanej gałązki. Schowałam się za krzakiem, napięłam cięciwę i przygotowywałam się do strzału, przy okazji poszukując łupu. W pewnym momencie poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu. Puściłam łuk i chwyciłam kogoś za nadgarstek, a następnie zarzuciłam nim przed siebie. Kiedy zauważyłam potencjalnego zbója wybuchłam śmiechem.
- Ferusie, dobrze wiesz jak kończy się zastraszanie mojej osoby - podałam mu pomocną dłoń, by pomóc mu wstać.
- Właśnie mi o tym przypomniałaś - chwycił swój kark i się skrzywił - jak w takim małym stworzeniu mieści się tyle siły?
Ferus to mój dobry przyjaciel, czarownik. Mieszkał niedaleko, a gdy byliśmy młodsi uwielbialiśmy gonić się po lesie, lub chować. Pomógł wyjść mi z rozpaczy, jaką przeżywałam po śmierci krewnych. Miałam pewność, że nigdy mnie nie zawiedzie ani nie zostawi w potrzebie.
Spostrzegłam nagle sarnę, która piła ze stawu. Gestem kazałam kompanowi milczeć. Podniosłam szybko swój ukochany łuk i z całej siły napięłam cięciwę wymierzając strzale cel. Trafiłam prosto w serce, a jednocześnie obserwowałam jak ze czworonoga wycieka życie. Trawa pod nią zrobiła się czerwona od krwi, a jej martwe oczy wpatrywały się we mnie. Westchnęłam i sznurkiem, który miałam przyczepiony do pasa na moim biodrze, przywiązałam jej łapy. Ferus wziął ją na barki i podążyliśmy w stronę domu Felicji.
- Piękna i niebezpieczna elfka to marzenie każdego mężczyzny - zwrócił się do mnie. Wyszczerzyłam swoje zęby w uśmiechu.
- Chciałeś chyba rzec, utrapieniem - takie teksty często mnie onieśmielały, nie interesowały mnie związki. Jestem młoda i całe życie przede mną, a przynajmniej tak mi mówiono.
- Skądże. Nawet nie wiesz ilu chciałoby mieć Ciebie za żonę - jego niebieskie oczy zawsze wywoływały u mnie uśmiech. Były wesołe i pełne życia.
- Znasz moje zdanie, przyjacielu - przyśpieszyłam kroku.
- Oczywiście - puścił mi oczko.
Po chwili ujrzeliśmy niewielki skalny domek, zamieszkiwany przeze mnie. Ciotka siedziała na ławce, którą zrobił Ferus w podzięce za posiłek.
- Jestem ciociu! - krzyknęłam dość głośno. Kobieta o siwych włosach i malinowych oczach wstała żwawo i wyszła nam na przywitanie. Chłopak skłonił się nisko, jak wypadała kultura.
- Chłopcze, ile razy mam powtarzać byś nie wyginał się na mój widok - rzekła odbierając od niego sarnę - długo kazałaś sobie czekać Sarah.
- Przepraszam - jęknęłam posłusznie.
- Ważne, że nic Ci nie jest drogie dziecko - ucałowała mnie w czoło - zostaniesz Ferusie na uczcie?
- Jeśli to żaden problem, to z przyjemnością - odpowiedział miło i radośnie. Wiedźma teraz zwróciła się do mnie.
- Jutro z samego rana podążysz do pałacu. Zaniesiesz tam rubiny Norze.
- Tak uczynię.

Od Tenebris

 Ogarniało mnie zmartwienie,to dziś...Miałam przedstawić moim rodzicom plan na który wpadłam.Kierowałam się do sali tronowej,a nerwy powoli mnie zżerały.Przeczuwałam jak zareagują,zawsze byłam,jestem i będę ich małą Ten.
 Stanęłam przed wielkimi czarnymi drzwiami,były one zdobione złotymi wężami oplatującymi się wokół roślin.Wrota otworzyły się ujrzałam dwóch poważnych i wysokich odźwiernych,a na końcu sali na tronach siedzieli moi rodzice.Szłam ostrożnie acz stanowczo,nagle ozwała się moja matka Darkness:
-Wraz z ojcem postanowiliśmy wysłuchać Twego "wspaniałego" jak mówisz planu.-skończyła i zagarnęła kruczo czarne włosy za ucho.
-Więc mów córeczko...-powiedział ojciec układając się wygodnie na tronie.
-Od lat pomiędzy Siedmioma Królestwami wre wojna.Ja Telebris chce ją przerwać!-powiedziałam używając królewskiego tonu.-Chcę wyruszyć,by paktować z władcami reszty królestw i poprosić ich o pokój.I liczę w tym na wszą pomoc,udzielcie mi najrychlej:konia,byle szybkiego,prowiantu i dobrego oręża.
-A gwardia?-spytał ożywiony ojciec.
-Chcę wyruszyć sama bez eskorty,jestem dorosła i dam radę.
-Ale córciu...-jęknęła królowa.
-Od wielu lat zatrudniacie najlepszych nauczycieli by trenowali mnie w różnych dziedzinach:obronie,walce,jeździe konnej,magii...-wymieniałam pokazując na palcach.
-Tak...Ale to ma się Tobie przydać w razie najwyższego nie bezpieczeństwa.Ten,jesteś moją jedyną następczynią i nie chcę by coś Ci się stało.-dodała zmartwiona.
-Nie poskąpimy ci straży,a konia dostaniesz najrychlejszego jakiego w swej stajni mamy,oręż naostrzony i wytrzymały,a jedzenia dostaniesz tyle ile pomieści twa sakwa.-dodał Hope (mój ojciec) wstając i podchodząc do mnie.-Tylko obiecaj mi jedno nie narażaj się bez powodu i przyjedź tu cała i zdrowa.
-Ojcze wiedziałam,że zrozumiesz,ale naprawdę nie chcę eskorty.-powiedziałam stanowczo-Nie liczę byście azali czekali na mój powrót,bo może nie nastąpić ale pamiętajcie,gdziekolwiek będę w mojej pamięci pozostaniecie.
-Ten,masz młode i mężne serce,wiem,że wrócisz.-powiedział ojciec klepiąc mnie w ramię-Ale eskkortę i tak dostaniesz.-dodał na koniec przez śmiech.
Odwzajemniłam się również cichym chichotem i poszłam do zbrojowni.

C.D.N.