Wybierałam się właśnie na łowy, ponieważ tak rozkazała mi ciotka. Kiedy próbowałam zdobyć pożywienie, jednocześnie musiałam uważać na czyhające niebezpieczeństwo. Byłam zwykło elfką, niby nic nie znaczącą, bezbronną i słabą. Idealny łup dla wampirów, wilkołaków, ogrów, trolli i innych obrzydliwości. Felicja nauczyła mnie prostych zaklęć, które ułatwiają mi życie w królestwie czarownic. Nie jestem tam, gdzie być powinnam, ale co mam zrobić? Po mojej ukochanej Dryvilli nic już praktycznie nie zostało, tylko opustoszałe domki i kamienie. Dla mnie to była wioska marzeń, a teraz... strach się tam wybrać. Zwłaszcza, że jest to w innej krainie.
W pewnym momencie usłyszałam dźwięk łamanej gałązki. Schowałam się za krzakiem, napięłam cięciwę i przygotowywałam się do strzału, przy okazji poszukując łupu. W pewnym momencie poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu. Puściłam łuk i chwyciłam kogoś za nadgarstek, a następnie zarzuciłam nim przed siebie. Kiedy zauważyłam potencjalnego zbója wybuchłam śmiechem.
- Ferusie, dobrze wiesz jak kończy się zastraszanie mojej osoby - podałam mu pomocną dłoń, by pomóc mu wstać.
- Właśnie mi o tym przypomniałaś - chwycił swój kark i się skrzywił - jak w takim małym stworzeniu mieści się tyle siły?
Ferus to mój dobry przyjaciel, czarownik. Mieszkał niedaleko, a gdy byliśmy młodsi uwielbialiśmy gonić się po lesie, lub chować. Pomógł wyjść mi z rozpaczy, jaką przeżywałam po śmierci krewnych. Miałam pewność, że nigdy mnie nie zawiedzie ani nie zostawi w potrzebie.
Spostrzegłam nagle sarnę, która piła ze stawu. Gestem kazałam kompanowi milczeć. Podniosłam szybko swój ukochany łuk i z całej siły napięłam cięciwę wymierzając strzale cel. Trafiłam prosto w serce, a jednocześnie obserwowałam jak ze czworonoga wycieka życie. Trawa pod nią zrobiła się czerwona od krwi, a jej martwe oczy wpatrywały się we mnie. Westchnęłam i sznurkiem, który miałam przyczepiony do pasa na moim biodrze, przywiązałam jej łapy. Ferus wziął ją na barki i podążyliśmy w stronę domu Felicji.
- Piękna i niebezpieczna elfka to marzenie każdego mężczyzny - zwrócił się do mnie. Wyszczerzyłam swoje zęby w uśmiechu.
- Chciałeś chyba rzec, utrapieniem - takie teksty często mnie onieśmielały, nie interesowały mnie związki. Jestem młoda i całe życie przede mną, a przynajmniej tak mi mówiono.
- Skądże. Nawet nie wiesz ilu chciałoby mieć Ciebie za żonę - jego niebieskie oczy zawsze wywoływały u mnie uśmiech. Były wesołe i pełne życia.
- Znasz moje zdanie, przyjacielu - przyśpieszyłam kroku.
- Oczywiście - puścił mi oczko.
Po chwili ujrzeliśmy niewielki skalny domek, zamieszkiwany przeze mnie. Ciotka siedziała na ławce, którą zrobił Ferus w podzięce za posiłek.
- Jestem ciociu! - krzyknęłam dość głośno. Kobieta o siwych włosach i malinowych oczach wstała żwawo i wyszła nam na przywitanie. Chłopak skłonił się nisko, jak wypadała kultura.
- Chłopcze, ile razy mam powtarzać byś nie wyginał się na mój widok - rzekła odbierając od niego sarnę - długo kazałaś sobie czekać Sarah.
- Przepraszam - jęknęłam posłusznie.
- Ważne, że nic Ci nie jest drogie dziecko - ucałowała mnie w czoło - zostaniesz Ferusie na uczcie?
- Jeśli to żaden problem, to z przyjemnością - odpowiedział miło i radośnie. Wiedźma teraz zwróciła się do mnie.
- Jutro z samego rana podążysz do pałacu. Zaniesiesz tam rubiny Norze.
- Tak uczynię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz