Tenebris poszła w krzaki...Niby coś usłyszała..."Kto tu kurde jest elfem?"Czekałam tak...Cisza....Co za idiotka zamiast mnie zawołać sterczy w tych zaroślach.
-Jeżeli uciekła pośle za nią lis gończy z nakazem zabicia...-warknęłam do siebie,przez zęby.
Nagle poczułam...Coś jakby żar ogniska.Może sprawdzę co się tam dzieje...Odwróciłam się i pozwoliłam koniom odbiec.Ale gdy znów się obróciłam stał przede mną jakiś facet.
-Kto by się spodziewał?-spytał sam siebie.
Szybko cofnęłam się z zamiarem wskoczenia na drzewo,ale kiedy się wybiłam ten pochwycił mnie za nogę.Próbowałam kopnąć go w ten wielki ryj,ale chybiłam.Spadłam z drzewa wraz z gałęzią.Ten chłoptaś na za wiele sobie pozwalał.Szarpałam się ile wlezie i zaciskałam ze zdenerwowania zęby.Za chaszczami ujrzałam Tenebris, schwytana przez innego (jak mniemam) wampira.
-To dlatego nie przylazła...Pcha się tam gdzie jej nie chcą...-szepnęłam pod nosem.
Po szarpaninie ustąpiłam,widząc, że tylko tracę siły.Ten Collis (jak go nazywali) zarywał do tej "księżniczki" czarownic.Przyznam,że z trudem powstrzymywałam śmiech,gdy nagle zapłonął jak pochodnia.Wszystkie wampirze lizusy rzuciły się by gasić swego "mastera".Chwilę stałam jak wryta nie do końca wiedząc co mam zrobić.Spojrzałam kontem oka na mój łuk.Chwyciłam go i wymierzyłam w stronę płonącego celu.Miałam zamiar trafić w głowę...Ale coś mnie powstrzymało.*Wzięłam z kołczanu zatrutą strzałę i wykierowałam łuk w ramię.Trafiony!Tenebris nagle runęła jak świeżo ścięte drzewo.Podbiegłam do niej i by ją ocucić (lub nie) poklepałam ją rękom po twarzy (tzw.liść). Kiedy już szef został popiołem wampiry spojrzały na mnie.
-O-oł...-syknęłam pod nosem i spojrzałam na czarownicę.-Ona nie żyję!-zaczęła, udawać lamęt.
Te pachoły spojrzały po sobie i znów na mnie.
-Black podaj kajdany lub powróz.-rzucił rudzielec.
-Lepiej powróz i kajdany.-poprawił-Naucz się Blaze,że z elfami nie można się cackać,z czarownicami z reszta też.-syknął szturchając nogą zemdlałą Tenebris.
-Black to ty rządzisz jak nie ma...To znaczy jak Collis nie żyje,brać tą rudą?
-Po co?Taka stara krew na nic się nie przyda,a w ogóle taka draka z tymi czarownicami.Skąd wiesz,że jej krew nie jest trująca?
Patrzyłam na ich rozmowę powoli się oddalając.Nagle BUM! Walnęłam plecami o coś twardego...Za mną stało pusty pień,kurde!To nawet nie boli,ale nawet takie patałachy usłyszały by to rąbnięcie.
-Dokąd się wybierasz?-spytał ten cały Black.
-Jak najdalej od was.-prychnęłam,a wampir chwycił mnie za ramię.
-Na twym miejscu nie byłbym taki pyskaty.-dodał.
-Tak,ale ja to ja.-powiedziałam z uśmieszkiem i nadepnęłam go na nogę.
Zawył z bólu,ale mnie nie puścił.
Nie miałam sił by walczyć,związali mnie powrozem i zakuli ręce w kajdany z ciężkiego żelaza.
Długo z sobą rozmawiali,a droga była równie długa...
W końcu stanęliśmy przed ta okropną posiadłością...
*Nie,to nie miłość...Lecz chęć patrzenia jak ten gnojek cierpi ^.^
poniedziałek, 17 czerwca 2013
niedziela, 16 czerwca 2013
Sarah ' ucieczka '
W miarę czasu udało nam się uciec straży. Znaleźliśmy się Lucide, niebawem powinien się pojawić dom ciotki.
- Jak się zwiesz? - zapytałam obcego mi elfa.
- Fortiter - uśmiechnął się elegancko - a panienka?
- Sarah. Czemuż Cię ścigali?
- Wdałem się w bój z pewnym wojownikiem królewskim. A, że jestem kimś gorszym od czarowników nie podarują mi tego - westchnął.
- Przez Ciebie mnie również ścigają! - krzyknęłam i zeskoczyłam z konia.
- Bardzo mi przykro... mogę Ci pomóc - zaproponował, a ja wybuchłam śmiechem.
- Przykro mi panie, ale ja tu mam swój dom. Nie potrzebuje dodatkowych kłopotów - odwróciłam się od mężczyzny i podążyłam w stronę domu.
- Wiesz, że Cię znajdą! - krzyknął. Odwróciłam się w jego stronę i popatrzyłam chwilę na niego.
- Umiem o siebie zadbać - to były moje ostatnie słowa skierowane do Fortitera.
Zostawiłam mu konia, wiem że do mnie wróci. W między czasie musiałam spakować parę rzeczy i pożegnać się z ciotką oraz Ferusem. Czekali na mnie zmartwieni. Była już noc, a ja musiałam uciekać.
- Czemu zajęło Ci to tyle czasu? Martwiliśmy się o Ciebie... - zwróciła się czarownica do mnie. Wzięłam ze szkatułki parę groszy na jedzenie, łuk i strzały, oraz wisiorek po matce. Był dla mnie bardzo ważny, gdybym go straciła... to jedyne co mi po nich pozostało.
- co się dzieje? - spytał się Ferus.
- Muszę uciekać... przybędą tu po mnie.
- Dlaczego? - Felicja wstała i chwyciła mnie za dłonie. Z jej oczu poleciała łza.
- Jestem niewinna! Jakiś mężczyzna na mnie wpadł i wzięli mnie za jego wspólniczkę - chłopak przycisnął pięści.
- Pójdę z Tobą - odezwał się.
- Nie możesz. Nie mam zamiaru Ciebie w to mieszać. Pilnuj ciotki - ucałowałam go w policzek, a czarownice mocno przytuliłam.
- Weź to - wyciągnęła w moją stronę mały kamień - to unikat, moje dziecko - był cały zielony. Był znakiem mojego żywiołu. Natura była moim drugim życiem.
- Wrócę ciociu. Obiecuje - ścisnęłam kamień mocno i ruszyłam w stronę wyjścia. Usłyszałam za sobą szloch kobiety. Zeus stał już gotowy do drogi, napoiłam go szybko - no Zeusie. Czeka nas długa podróż.
I ruszyłam jak najdalej. Postanowiłam podążyć do swojej rasy, może tam będę bezpieczna. Musiałam opuścić miejsce, w którym byłam szczęśliwa. Usłyszałam z dala pościg. Nie sądziłam, że nadejdą tak szybko. Mój koń przyśpieszył. Krzyki wojowników, które kazały mi się zatrzymać były coraz głośniejsze. Przede mną ukazała się rzeka, dość głęboka. Nie miałam czasu na inną drogę ucieczki. Postanowiłam zaufać Zeusowi i przejść przez wodę. Nie wierzyłam, że nam się uda no i miałam racje. Wiry były za mocne, oddalałam się od mojego rumaka.
- Zeus! - krzyknęłam. W odpowiedzi usłyszałam tylko szum wody. Kiedy moim oczom ukazał się spad, czułam że zaraz skończę swój żywot. Zaczęłam się modlić. Zamknęłam oczy i czekałam na nadchodzącą śmierć. Walka z tym żywiołem nie miała sensu. Byłam wykończona, bezradna.
W pewnym momencie poczułam szarpnięcie. Znalazłam się na powierzchni. Zobaczyłam mężczyznę, nie elfa. Nie znałam go. Próbowałam złapać oddech i przygotowałam się do walki.
- Kim jesteś? - zapytałam oschle.
<Melior?>
- Jak się zwiesz? - zapytałam obcego mi elfa.
- Fortiter - uśmiechnął się elegancko - a panienka?
- Sarah. Czemuż Cię ścigali?
- Wdałem się w bój z pewnym wojownikiem królewskim. A, że jestem kimś gorszym od czarowników nie podarują mi tego - westchnął.
- Przez Ciebie mnie również ścigają! - krzyknęłam i zeskoczyłam z konia.
- Bardzo mi przykro... mogę Ci pomóc - zaproponował, a ja wybuchłam śmiechem.
- Przykro mi panie, ale ja tu mam swój dom. Nie potrzebuje dodatkowych kłopotów - odwróciłam się od mężczyzny i podążyłam w stronę domu.
- Wiesz, że Cię znajdą! - krzyknął. Odwróciłam się w jego stronę i popatrzyłam chwilę na niego.
- Umiem o siebie zadbać - to były moje ostatnie słowa skierowane do Fortitera.
Zostawiłam mu konia, wiem że do mnie wróci. W między czasie musiałam spakować parę rzeczy i pożegnać się z ciotką oraz Ferusem. Czekali na mnie zmartwieni. Była już noc, a ja musiałam uciekać.
- Czemu zajęło Ci to tyle czasu? Martwiliśmy się o Ciebie... - zwróciła się czarownica do mnie. Wzięłam ze szkatułki parę groszy na jedzenie, łuk i strzały, oraz wisiorek po matce. Był dla mnie bardzo ważny, gdybym go straciła... to jedyne co mi po nich pozostało.
- co się dzieje? - spytał się Ferus.
- Muszę uciekać... przybędą tu po mnie.
- Dlaczego? - Felicja wstała i chwyciła mnie za dłonie. Z jej oczu poleciała łza.
- Jestem niewinna! Jakiś mężczyzna na mnie wpadł i wzięli mnie za jego wspólniczkę - chłopak przycisnął pięści.
- Pójdę z Tobą - odezwał się.
- Nie możesz. Nie mam zamiaru Ciebie w to mieszać. Pilnuj ciotki - ucałowałam go w policzek, a czarownice mocno przytuliłam.
- Weź to - wyciągnęła w moją stronę mały kamień - to unikat, moje dziecko - był cały zielony. Był znakiem mojego żywiołu. Natura była moim drugim życiem.
- Wrócę ciociu. Obiecuje - ścisnęłam kamień mocno i ruszyłam w stronę wyjścia. Usłyszałam za sobą szloch kobiety. Zeus stał już gotowy do drogi, napoiłam go szybko - no Zeusie. Czeka nas długa podróż.
I ruszyłam jak najdalej. Postanowiłam podążyć do swojej rasy, może tam będę bezpieczna. Musiałam opuścić miejsce, w którym byłam szczęśliwa. Usłyszałam z dala pościg. Nie sądziłam, że nadejdą tak szybko. Mój koń przyśpieszył. Krzyki wojowników, które kazały mi się zatrzymać były coraz głośniejsze. Przede mną ukazała się rzeka, dość głęboka. Nie miałam czasu na inną drogę ucieczki. Postanowiłam zaufać Zeusowi i przejść przez wodę. Nie wierzyłam, że nam się uda no i miałam racje. Wiry były za mocne, oddalałam się od mojego rumaka.
- Zeus! - krzyknęłam. W odpowiedzi usłyszałam tylko szum wody. Kiedy moim oczom ukazał się spad, czułam że zaraz skończę swój żywot. Zaczęłam się modlić. Zamknęłam oczy i czekałam na nadchodzącą śmierć. Walka z tym żywiołem nie miała sensu. Byłam wykończona, bezradna.
W pewnym momencie poczułam szarpnięcie. Znalazłam się na powierzchni. Zobaczyłam mężczyznę, nie elfa. Nie znałam go. Próbowałam złapać oddech i przygotowałam się do walki.
- Kim jesteś? - zapytałam oschle.
<Melior?>
Od Melior'a "Znacie ją lepiej"
Zmierzałem w stronę zamku zaślepiony przez furie. "Jak oni mogli na to pozwolić? Tenebris miała dopiero niecałe 20 lat." Gdy tylko dotarłem do bramy prowadzącej do królestwa Arce, od razu zauważyłem strażnika stojącego na straży. Podszedłem do niego i bez żadnych ogródek dałem mu z pięści w twarz, ten osuną się bezwładnie na ziemię. Szybko przeszedłem koło niego i wszedłem do królestwa. Od razu skierowałem się do zamku. Wszedłem do sali tronowej i od razu zauważyłem moich "rodziców". Gdy tylko mnie zauważyli zrobili przerażone miny.
- Gdzie Tenebris? - spytałem oschle.
- Nie zrobisz jej krzywdy. - powiedział zdenerwowany Hope.
- Jasne, że nie! - krzyknąłem oburzony.
- Uspokój się - powiedziała Darkness podnosząc się z tronu - W tej chwili wynoś się z tego królestwa, zostałeś wygnany! Jak w ogóle przeszedłeś przez bramę? - spytała zdezorientowana Darkness
W tej chwili drzwi otworzyły się i wszedł strażnik. Podszedł do moich "rodziców" i ukłonił się. Chyba mnie nie zauważył bo stałem w rogu sali w cieniu.
- Donoszę, że strażnicy znaleźli nieprzytomnego strażnika pilnującego przejścia do królestwa. - powiedział zdenerwowany - Podejrzewamy, że ktoś mógł się wedrzeć do królestwa.
- Melior czy masz nam coś do powiedzenia? - spytała matka przenosząc wzrok na mnie.
W tej chwili strażnik obejrzał się za siebie i zobaczywszy mnie zbladł.
- O przepraszam nie zauważyłem pana - powiedział drżącym głosem strażnik.
Spojrzałem na niego zmrużonymi oczami, a ten znów ukłonił się w stronę władców i szybkim krokiem wycofał się do wyjścia.
- Ostatni raz się pytam gdzie jest moja siostra? - powiedziałem przeciągle.
- No dobrze... - powiedziała Darkness - Pojechała na "wyprawę" pokojową - powiedziała zrezygnowana.
- Pozwoliliście jej na to! - krzyknąłem przewracając stolik stojący koło mnie - Wiecie gdzie ona teraz jest? Z kim? Co się z nią dzieję? - spytałem wściekły - Nie? Odpowiem wam na wszystkie zadane prze zemnie pytania. Teraz jest w niebie! Dla waszej wiadomości! Była z jakąś nienormalną elfką i czterema napalonymi wampirami i nie żyje! Rozumiecie! Nie żyje! - skończyłem swój pełen bólu monolog. Rodzice spojrzeli na mnie jak na wariata.
- Przecież jest ze swoją eskortą. - powiedziała przerażona Darkness
- Powinniście przewidzieć, że przy pierwszej lepszej okazji ucieknie eskorcie! Znacie przecież ją lepiej ode mnie, a nie wiecie takich rzeczy. - powiedziałem i wyszedłem z sali.
Skierowałem się od razu do bramy, żeby jak najszybciej uciec z tego przeklętego zamku.
I muszę znaleźć siostrę.
- Gdzie Tenebris? - spytałem oschle.
- Nie zrobisz jej krzywdy. - powiedział zdenerwowany Hope.
- Jasne, że nie! - krzyknąłem oburzony.
- Uspokój się - powiedziała Darkness podnosząc się z tronu - W tej chwili wynoś się z tego królestwa, zostałeś wygnany! Jak w ogóle przeszedłeś przez bramę? - spytała zdezorientowana Darkness
W tej chwili drzwi otworzyły się i wszedł strażnik. Podszedł do moich "rodziców" i ukłonił się. Chyba mnie nie zauważył bo stałem w rogu sali w cieniu.
- Donoszę, że strażnicy znaleźli nieprzytomnego strażnika pilnującego przejścia do królestwa. - powiedział zdenerwowany - Podejrzewamy, że ktoś mógł się wedrzeć do królestwa.
- Melior czy masz nam coś do powiedzenia? - spytała matka przenosząc wzrok na mnie.
W tej chwili strażnik obejrzał się za siebie i zobaczywszy mnie zbladł.
- O przepraszam nie zauważyłem pana - powiedział drżącym głosem strażnik.
Spojrzałem na niego zmrużonymi oczami, a ten znów ukłonił się w stronę władców i szybkim krokiem wycofał się do wyjścia.
- Ostatni raz się pytam gdzie jest moja siostra? - powiedziałem przeciągle.
- No dobrze... - powiedziała Darkness - Pojechała na "wyprawę" pokojową - powiedziała zrezygnowana.
- Pozwoliliście jej na to! - krzyknąłem przewracając stolik stojący koło mnie - Wiecie gdzie ona teraz jest? Z kim? Co się z nią dzieję? - spytałem wściekły - Nie? Odpowiem wam na wszystkie zadane prze zemnie pytania. Teraz jest w niebie! Dla waszej wiadomości! Była z jakąś nienormalną elfką i czterema napalonymi wampirami i nie żyje! Rozumiecie! Nie żyje! - skończyłem swój pełen bólu monolog. Rodzice spojrzeli na mnie jak na wariata.
- Przecież jest ze swoją eskortą. - powiedziała przerażona Darkness
- Powinniście przewidzieć, że przy pierwszej lepszej okazji ucieknie eskorcie! Znacie przecież ją lepiej ode mnie, a nie wiecie takich rzeczy. - powiedziałem i wyszedłem z sali.
Skierowałem się od razu do bramy, żeby jak najszybciej uciec z tego przeklętego zamku.
I muszę znaleźć siostrę.
sobota, 15 czerwca 2013
Od Tenebris ( C.D Dinel ) " Płonąca pijawka"
Gdy oddaliliśmy się od straży, elfka nagle stanęła.
- Gdzie mnie prowadzisz? - spytałam również stając.
- A jak myślisz? - syknęła przez zęby.
" Jak ona śmie tak się do mnie odzywać. Kto ją tak wychował? - pomyślałam zirytowana.
Poszłam przed siebie nie zwracając uwagi na elfkę. Nagle usłyszałam przeciągłe gwizdnięcie. Obróciłam gwałtownie głowę i ujrzałam dwa potężne rumaki, o białej sierści i złotych grzywach.
- Droga jest trochę długa więc na twoim miejscu pojechałabym konno.
- Wole iść pieszo - sapnęłam oschle.
- Jak chcesz - wzruszyła ramionami - ale potem na naszej drodze pojawi się trujący bluszcz. Na wszelki wypadek Nimlin (Białe złoto) pójdzie z nami - powiedziała głaszcząc czule drugiego konia.
- Dobrze
I znów ruszyliśmy.
Gdy przekroczyliśmy ścianę lasu na ziemi pojawił się ciemny bluszcz.
- Może w końcu wsiądziesz na konia. Ten bluszcz wypali ci stopy
- Niech ci będzie - powiedziałam niechętnie wsiadając na konia.
Gdy tylko znaleźliśmy się w głębi lasu usłyszeliśmy głosy z pomiędzy drzew. Zeszłam z konia i podeszłam bliżej. Przy ognisku siedziało czterech groźnie wyglądających mężczyzn. Dwóch brunetów, rudy i szatyn.Od razu wyglądało, że są to wampiry. Najbardziej cieszyły się z wojny pomiędzy królestwami. Ponieważ mogły bezkarnie zabijać inne rasy i wypijać ich krew.
- Collis jestem głodny poszukajmy jakiejś świeżej krwi.- zwrócił się czarnowłosy wampir najbliżej mnie do kolegi siedzącego koło niego.
- Już coś czuje... - zastanowił się Collis - Czy ładnie tak podsłuchiwać? - spytał i w szybkim tempie znalazł się koło mnie.
- No cóż... To moja sprawa. - powiedziałam spoglądając na niego z odrazą.
- Ymmm... Ostra.... lubię takie. - powiedział lustrując mnie od góry do dołu i uśmiechając się przy tym.
- Collis znalazłem jeszcze jedną! - powiedział brunet prowadząc moją towarzyszkę.
Elfka szarpała się, kopała i próbowała ugryźć Blacka, lecz bezskutecznie,wampiry (na ten moment) wygrał z nami obydwiema.
- Widzisz Black narzekałeś na brak jedzenia to teraz mamy go, aż nadto. - uśmiechną się spoglądając na nas.
Rzekomy Black zaśmiał się cwaniacko, a ja spojrzałam na niego oburzona.
-Nie bądź taka nie dostępna, mała...- powiedział uwodzicielsko i zbliżył się do mnie.
Wtedy skupiłam całą swoją energie na Collisie tak, że po chwili stanął w płomieniach.
- Aaaaaaaaaa! - zaczął krzyczeć i gasić ogień - Wy pacany pomóżcie mi! - powiedział i cała trojka jak na rozkaz podbiegła do Collisa i zaczęła go gasić, ale ja nie dawałam za wygraną i wzmocniłam jeszcze płomień, wiedziałam, że opadnę z sił i nie będę potem mogła iść jak tylko przeżyjemy.
- Zabijcie tę rudą! - syknął Collis - To czarownica!
Po tych słowach, elfka rzuciła się jakby wyrwana z transu, chwyciła łuk i wymierzyła strzałę w tył głowy Collisa.Strzała poszybowała i przebiła ramię płonącej pijawki. Reszta sługusów, zaraz skierowała się w moja stronę.
" Już po mnie" - pomyślałam i nagle zemdlałam.
< Dinel?><Atme>
- Gdzie mnie prowadzisz? - spytałam również stając.
- A jak myślisz? - syknęła przez zęby.
" Jak ona śmie tak się do mnie odzywać. Kto ją tak wychował? - pomyślałam zirytowana.
Poszłam przed siebie nie zwracając uwagi na elfkę. Nagle usłyszałam przeciągłe gwizdnięcie. Obróciłam gwałtownie głowę i ujrzałam dwa potężne rumaki, o białej sierści i złotych grzywach.
- Droga jest trochę długa więc na twoim miejscu pojechałabym konno.
- Wole iść pieszo - sapnęłam oschle.
- Jak chcesz - wzruszyła ramionami - ale potem na naszej drodze pojawi się trujący bluszcz. Na wszelki wypadek Nimlin (Białe złoto) pójdzie z nami - powiedziała głaszcząc czule drugiego konia.
- Dobrze
I znów ruszyliśmy.
Gdy przekroczyliśmy ścianę lasu na ziemi pojawił się ciemny bluszcz.
- Może w końcu wsiądziesz na konia. Ten bluszcz wypali ci stopy
- Niech ci będzie - powiedziałam niechętnie wsiadając na konia.
Gdy tylko znaleźliśmy się w głębi lasu usłyszeliśmy głosy z pomiędzy drzew. Zeszłam z konia i podeszłam bliżej. Przy ognisku siedziało czterech groźnie wyglądających mężczyzn. Dwóch brunetów, rudy i szatyn.Od razu wyglądało, że są to wampiry. Najbardziej cieszyły się z wojny pomiędzy królestwami. Ponieważ mogły bezkarnie zabijać inne rasy i wypijać ich krew.
- Collis jestem głodny poszukajmy jakiejś świeżej krwi.- zwrócił się czarnowłosy wampir najbliżej mnie do kolegi siedzącego koło niego.
- Już coś czuje... - zastanowił się Collis - Czy ładnie tak podsłuchiwać? - spytał i w szybkim tempie znalazł się koło mnie.
- No cóż... To moja sprawa. - powiedziałam spoglądając na niego z odrazą.
- Ymmm... Ostra.... lubię takie. - powiedział lustrując mnie od góry do dołu i uśmiechając się przy tym.
- Collis znalazłem jeszcze jedną! - powiedział brunet prowadząc moją towarzyszkę.
Elfka szarpała się, kopała i próbowała ugryźć Blacka, lecz bezskutecznie,wampiry (na ten moment) wygrał z nami obydwiema.
- Widzisz Black narzekałeś na brak jedzenia to teraz mamy go, aż nadto. - uśmiechną się spoglądając na nas.
Rzekomy Black zaśmiał się cwaniacko, a ja spojrzałam na niego oburzona.
-Nie bądź taka nie dostępna, mała...- powiedział uwodzicielsko i zbliżył się do mnie.
Wtedy skupiłam całą swoją energie na Collisie tak, że po chwili stanął w płomieniach.
- Aaaaaaaaaa! - zaczął krzyczeć i gasić ogień - Wy pacany pomóżcie mi! - powiedział i cała trojka jak na rozkaz podbiegła do Collisa i zaczęła go gasić, ale ja nie dawałam za wygraną i wzmocniłam jeszcze płomień, wiedziałam, że opadnę z sił i nie będę potem mogła iść jak tylko przeżyjemy.
- Zabijcie tę rudą! - syknął Collis - To czarownica!
Po tych słowach, elfka rzuciła się jakby wyrwana z transu, chwyciła łuk i wymierzyła strzałę w tył głowy Collisa.Strzała poszybowała i przebiła ramię płonącej pijawki. Reszta sługusów, zaraz skierowała się w moja stronę.
" Już po mnie" - pomyślałam i nagle zemdlałam.
< Dinel?><Atme>
czwartek, 6 czerwca 2013
Sarah ' Pościg '
Jeszcze przed świtem wyruszyłam na wyprawę do zamku na moim ukochanym koniu. Czarny i tęgi rumak - Zeus. Zdana byłam tylko na siebie i konia. Nie lękałam się wyruszyć nocą, ale bezpieczniej było w lesie za dnia. Straże robiły obchody raz na dzień, ewentualnie dwa razy. Życie w Seven Gates miało jedną wadę. Jeśli nie umiesz się bronić - zginiesz.
Minęło pół dnia za nim znalazłam się przy zamku. Straż stała i pilnowała głównego wejścia.
- Kim jesteś? - zapytał jeden z nich - nie jesteś czarownicą - warknął groźnie.
- Jestem wychowanicą Felicji z Lucide. Przybyłam z dostawą rubinów - wyciągnęłam woreczek i ukazałam go im.
- jak na Ciebie wołają? - odezwał się drugi, nie wiele starszy ode mnie.
- Sarah, mój panie - rzekłam wyniośle.
- Elfka - zaczął się śmiać - takie są najlepsze - mrugnął do swojego kompana młody brunet. Zacisnęłam pięści.
- Czy mogłabym zanieść towar?
- Oczywiście - starszy klepnął Zeusa w zad i ten ruszył. Zmierzyłam ich wzrokiem i udałam się do miejsca, w którym miałam znaleźć Norę.
Zeskoczyłam z Zeusa i weszłam do wielkiej budowli. Nie potrzebowałam wiele czasu, by odnaleźć kobietę, była w jadłodajni.
- Witaj - przywitałam się. Ta uściskała mnie i obdarzyła szerokim uśmiechem.
- Miło Cię widzieć. Jak minęła podróż?
- Dobrze - odpowiedziałam. Wyciągnęłam rubiny i sprzedałam za parę sztuk złota. Zauważyłam, że w pałacu coś się dzieje. Wszyscy latali przestraszeni w tą i we w tą - coś się stało? - zapytałam.
- Księżniczka wyruszyła z misją - szepnęła - zaginęła - rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
- Kiedy?
- Niedawno - pokiwała głową - Król jest wściekły, lepiej nie wchodzić mu w drogę - zabrała się do szorowania podłogi.
- Nie dziwie się.
- Lepiej wracaj. Słońce niebawem zajdzie - wyjrzałam za okno i rzeczywiście robiło się coraz ciemniej.
- Racja. Żegnaj - Nora ucałowała mnie w czoło i zabrała się do pracy.
Idąc przez uliczki zapełnione przez kupców i żebraków zrobiło mi się duszno. Nie lubiłam być w tłumie. W pewnym momencie wpadł na mnie jakiś mężczyzna. Prawdopodobnie jakieś dwie wiosny starszy. Przystojny, wysoki blondyn o niebieskich oczach. Uciekał przed strażą.
- Wybacz o pani - przeprosił. Ukłonił się nisko i ukazał białe jak śnieg zęby w szerokim uśmiechu - jak widać elfy w tym królestwie mają ciężkie życie - zaśmiał się.
- Stójcie! - usłyszałam. To ja też? Zdziwiłam się. Mężczyzna pociągnął mnie za sobą i zaczęliśmy uciekać.
- Niedaleko stoi mój rumak - rzekłam. Kiwnął w moją stronę, każąc mi prowadzić. Po chwili znaleźliśmy się oboje na Zeusie i przekroczyliśmy bramę. Pokiwałam dwóm wartownikom, którzy zaraz zaczęli pościg.
- Daleko mieszkasz? - zapytał.
- W Lucide
- Dobrze.
Minęło pół dnia za nim znalazłam się przy zamku. Straż stała i pilnowała głównego wejścia.
- Kim jesteś? - zapytał jeden z nich - nie jesteś czarownicą - warknął groźnie.
- Jestem wychowanicą Felicji z Lucide. Przybyłam z dostawą rubinów - wyciągnęłam woreczek i ukazałam go im.
- jak na Ciebie wołają? - odezwał się drugi, nie wiele starszy ode mnie.
- Sarah, mój panie - rzekłam wyniośle.
- Elfka - zaczął się śmiać - takie są najlepsze - mrugnął do swojego kompana młody brunet. Zacisnęłam pięści.
- Czy mogłabym zanieść towar?
- Oczywiście - starszy klepnął Zeusa w zad i ten ruszył. Zmierzyłam ich wzrokiem i udałam się do miejsca, w którym miałam znaleźć Norę.
Zeskoczyłam z Zeusa i weszłam do wielkiej budowli. Nie potrzebowałam wiele czasu, by odnaleźć kobietę, była w jadłodajni.
- Witaj - przywitałam się. Ta uściskała mnie i obdarzyła szerokim uśmiechem.
- Miło Cię widzieć. Jak minęła podróż?
- Dobrze - odpowiedziałam. Wyciągnęłam rubiny i sprzedałam za parę sztuk złota. Zauważyłam, że w pałacu coś się dzieje. Wszyscy latali przestraszeni w tą i we w tą - coś się stało? - zapytałam.
- Księżniczka wyruszyła z misją - szepnęła - zaginęła - rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
- Kiedy?
- Niedawno - pokiwała głową - Król jest wściekły, lepiej nie wchodzić mu w drogę - zabrała się do szorowania podłogi.
- Nie dziwie się.
- Lepiej wracaj. Słońce niebawem zajdzie - wyjrzałam za okno i rzeczywiście robiło się coraz ciemniej.
- Racja. Żegnaj - Nora ucałowała mnie w czoło i zabrała się do pracy.
Idąc przez uliczki zapełnione przez kupców i żebraków zrobiło mi się duszno. Nie lubiłam być w tłumie. W pewnym momencie wpadł na mnie jakiś mężczyzna. Prawdopodobnie jakieś dwie wiosny starszy. Przystojny, wysoki blondyn o niebieskich oczach. Uciekał przed strażą.
- Wybacz o pani - przeprosił. Ukłonił się nisko i ukazał białe jak śnieg zęby w szerokim uśmiechu - jak widać elfy w tym królestwie mają ciężkie życie - zaśmiał się.
- Stójcie! - usłyszałam. To ja też? Zdziwiłam się. Mężczyzna pociągnął mnie za sobą i zaczęliśmy uciekać.
- Niedaleko stoi mój rumak - rzekłam. Kiwnął w moją stronę, każąc mi prowadzić. Po chwili znaleźliśmy się oboje na Zeusie i przekroczyliśmy bramę. Pokiwałam dwóm wartownikom, którzy zaraz zaczęli pościg.
- Daleko mieszkasz? - zapytał.
- W Lucide
- Dobrze.
Od Dinel (C.D. Tenebris) "Wypchaj się..."
Pogłaskałam klacz...Lecz dalej panował w mym sercu smutek.Nie...To miejsce wiąże zbyt wiele wspomnień...Pamiętam jak Ninquen pokazała mi to wszystko...Jej "Tajemniczy Alqualin" (Tajemniczy Złoty Łabędź),pamiętam zbyt wiele...Wstałam i odwróciłam się napięcie i wyszłam zza krzaków,ale jeszcze spojrzałam ukradkiem na strumyk.Moja wyobraźnia pokazała mi tam dwie małe dziewczynki:blondynkę do wszystkiego podchodzącą ostrożnie i poważnie,głaszczącą liście wierzby i brunetkę która skakała przez strumyczek krzycząc "Gwiazdo mała,Gwiazdo święta,Rozbryzg fali Cie pamięta,widzi Twą wesoła minę i wie,że w tym miejscu ona nie minie!".Ale nagle głośny pisk i...Wszystko się rozmyło.
Zamknęłam oczy i poszłam w stronę łąki.Celeste odfrunęła i dobrze...Nie chciałabym by była zniewolona.No cóż...Czas wracać.Spojrzałam na słońce i poszłam w stronę Bramy.Pewnie Alaktal (Szybko Stopy) już czeka z raportem...Stuknęłam obcasem buta w kamień i usłyszałam ciche skradanie z krzaków.Schyliłam się,a wielka włochata postać przeleciała nade mną i wylądowała na czterech łapach.
-Draugdur,wiesz,że ja zawszę uniknę twego skoku.-powiedziałam głaszcząc wilka po pysku,wskoczyłam na jego grzbiet i ruszyliśmy w stronę Dwóch Elfickich Królów.
Wilk obiegł wzgórza,a tam już ruszyłam pieszo.Niech Alaktal nie wie o tym,że przekroczyłam granicę.Po prostu podejdę od tyłu.Szłam spokojnie obserwując niebo.Wreszcie jestem,mój humor był już nieco lepszy,ale mimo wszystko dalej byłam markotna.Z daleka (mymi elfickimi oczyma) ujrzałam,że strażnik rozmawia z jakąś niewiastą.Podeszłam bliżej i wyprostowana jak struna spytałam:
-Co się tu dzieje?
Alaktal zaraz się obrócił ukazując mi intruza,ukląkł szybko i zaraz powiedział:
-Ta oto wiedźma.
-Czarownica.-wtrąciła nieznajoma.
-Tak,czarownica wtargnęła tutaj,bez zezwolenia i ma czelność uważać się za księżniczkę.-skończył stojąc na baczność.
-Dobrze Alaktalu spocznij.-dodałam rycersko i podeszłam do rzekomej księżniczki,spojrzałam na nia przeszywającym wzrokiem,czytając z niej jak z otwartej księgi.
-Więc przybiegłaś tu "księżniczko" boso,bez eskorty,w poszarpanych ciuchach i bez pozwolenia?-zwróciłam się do niej.
-Boso przybiegłam bo zgubiłam buty uciekając przed eskortą,ciuchy są poszarpane bom biegła przez puszczę,a o pozwoleniu nic mi nie wiadomo.-powiedziała szybko.
-A imię swe zdradź tylko nie łżyj.-dodałam stanowczo.
-Tenebris,córka Darkness i Hope'a,oraz księżniczka Arce.
-Arce!-krzyknęłam pogardliwie-Ci wieśniacy,uważający się za czarowników,władają Czarną Magią,ubezwłasnowolniają zwierzęta i ludzi...Wrogowie,jak inni!Nie znają Białej Magii z początków świata i uważają ją za propagandę!-krzyknęłam i spojrzałam w jej oczy-Ale jednak,wiem,że to inne czasy i Czarownice,jak i Czarodzieje się zmienili...Są inni...Nie tacy jak za czasów Warriora II.-wyszeptałam ciągle na nią patrząc.
-Więc wpuścisz mnie?Jestem pokojowo nastawiona...-dodała spokojnie.
Po chwili milczenia spojrzałam kontem oka na Alaktala i powiedziałam krótko:
-Skuć ją.-strażnik wykonał rozkaz i skuł Tenebris w srebrne łańcuchy.
-Zobaczymy,czy rzeczywiście to pokojowa misja...-powiedziałam patrząc na szarpiącą się chwile czarownice.
-Zaprowadzisz mnie do króla?-spytała spokojnie.
-Do króla?!-krzyknęłam gwałtownie się obracając.
Alaktal zaśmiał się ukradkiem,ale usłyszałam to i syknęłam do niego:
-Wypchaj się...Czarownico-zwróciłam się do niej-twa zuchwałość jest mi znana.Bowiem ja jestem Królową Nimril (Biały Blask) ,jak go zwę...
Wyrwałam strażnikowi klucz i otworzyłam kajdanki.
-Przypominasz mi kogoś bliskiego...Chodź za mną porozmawiamy w zamku,a nie tutaj w takim towarzystwie.-dodałam patrząc wilczym okiem na Alaktala.-Chodź Tenebris.
Uspokoiłam się i wraz z czarownicą poszłam w stronę zamku...
<Tenebris?>
Zamknęłam oczy i poszłam w stronę łąki.Celeste odfrunęła i dobrze...Nie chciałabym by była zniewolona.No cóż...Czas wracać.Spojrzałam na słońce i poszłam w stronę Bramy.Pewnie Alaktal (Szybko Stopy) już czeka z raportem...Stuknęłam obcasem buta w kamień i usłyszałam ciche skradanie z krzaków.Schyliłam się,a wielka włochata postać przeleciała nade mną i wylądowała na czterech łapach.
-Draugdur,wiesz,że ja zawszę uniknę twego skoku.-powiedziałam głaszcząc wilka po pysku,wskoczyłam na jego grzbiet i ruszyliśmy w stronę Dwóch Elfickich Królów.
Wilk obiegł wzgórza,a tam już ruszyłam pieszo.Niech Alaktal nie wie o tym,że przekroczyłam granicę.Po prostu podejdę od tyłu.Szłam spokojnie obserwując niebo.Wreszcie jestem,mój humor był już nieco lepszy,ale mimo wszystko dalej byłam markotna.Z daleka (mymi elfickimi oczyma) ujrzałam,że strażnik rozmawia z jakąś niewiastą.Podeszłam bliżej i wyprostowana jak struna spytałam:
-Co się tu dzieje?
Alaktal zaraz się obrócił ukazując mi intruza,ukląkł szybko i zaraz powiedział:
-Ta oto wiedźma.
-Czarownica.-wtrąciła nieznajoma.
-Tak,czarownica wtargnęła tutaj,bez zezwolenia i ma czelność uważać się za księżniczkę.-skończył stojąc na baczność.
-Dobrze Alaktalu spocznij.-dodałam rycersko i podeszłam do rzekomej księżniczki,spojrzałam na nia przeszywającym wzrokiem,czytając z niej jak z otwartej księgi.
-Więc przybiegłaś tu "księżniczko" boso,bez eskorty,w poszarpanych ciuchach i bez pozwolenia?-zwróciłam się do niej.
-Boso przybiegłam bo zgubiłam buty uciekając przed eskortą,ciuchy są poszarpane bom biegła przez puszczę,a o pozwoleniu nic mi nie wiadomo.-powiedziała szybko.
-A imię swe zdradź tylko nie łżyj.-dodałam stanowczo.
-Tenebris,córka Darkness i Hope'a,oraz księżniczka Arce.
-Arce!-krzyknęłam pogardliwie-Ci wieśniacy,uważający się za czarowników,władają Czarną Magią,ubezwłasnowolniają zwierzęta i ludzi...Wrogowie,jak inni!Nie znają Białej Magii z początków świata i uważają ją za propagandę!-krzyknęłam i spojrzałam w jej oczy-Ale jednak,wiem,że to inne czasy i Czarownice,jak i Czarodzieje się zmienili...Są inni...Nie tacy jak za czasów Warriora II.-wyszeptałam ciągle na nią patrząc.
-Więc wpuścisz mnie?Jestem pokojowo nastawiona...-dodała spokojnie.
Po chwili milczenia spojrzałam kontem oka na Alaktala i powiedziałam krótko:
-Skuć ją.-strażnik wykonał rozkaz i skuł Tenebris w srebrne łańcuchy.
-Zobaczymy,czy rzeczywiście to pokojowa misja...-powiedziałam patrząc na szarpiącą się chwile czarownice.
-Zaprowadzisz mnie do króla?-spytała spokojnie.
-Do króla?!-krzyknęłam gwałtownie się obracając.
Alaktal zaśmiał się ukradkiem,ale usłyszałam to i syknęłam do niego:
-Wypchaj się...Czarownico-zwróciłam się do niej-twa zuchwałość jest mi znana.Bowiem ja jestem Królową Nimril (Biały Blask) ,jak go zwę...
Wyrwałam strażnikowi klucz i otworzyłam kajdanki.
-Przypominasz mi kogoś bliskiego...Chodź za mną porozmawiamy w zamku,a nie tutaj w takim towarzystwie.-dodałam patrząc wilczym okiem na Alaktala.-Chodź Tenebris.
Uspokoiłam się i wraz z czarownicą poszłam w stronę zamku...
<Tenebris?>
środa, 5 czerwca 2013
Od Tenebris "Wyruszamy"
Gdy dotarłam do zbrojowni, ujrzałam przygotowane już łuki,strzały,miecze i topory.Pochwyciłam jeden z mieczy,najlepszy łuk i kołczan strzał z czerwonymi piórami.Wyszłam i skierowałam się do spichlerza,czekały tam na mnie dwa worki suto wypchane jedzeniem.Na koniec do stajni.Mój kelpie czekał już na mnie osiodłany i gotowy do drogi. Wsiadłam na konia i popędziłam w stronę bramy do miasta. Tam czekała już moja straż przyboczna.
- Najpierw wyruszamy do Królestwa Elfów. - powiedziałam do moich przybocznych m.in :
Ignis - czarnowłosa czarownica, Virtus - potężny brunet, Malum - szybki blondyn, Quies - brązowo włosa łuczniczka. Normalnie armia...
Wyruszyliśmy....
powoli oddalaliśmy się od zamku. Czułam, że jestem obserwowana przez eskortę.Wyjechaliśmy poza granice Arce.Chciałam jak najszybciej uciec straży.
Las!!
To dobre miejsce na ucieczkę. Jechaliśmy monotonnie przez cztery godziny. Ujrzałam skraj puszczy, a w mojej głowie już układał się plan ucieczki. Gdy tylko byliśmy już w lesie, zaproponowałam postój.
- Muszę na stronę - powiedziałam zniesmaczona idąc w stronę krzaków. Ignis zerwała się z miejsca i poszła za mną.
- Tam idę SAMA! - syknęłam oburzona.
- Ale księżniczko - jęknęła Ignis
- Nie księżniczkuj mi tu! To był rozkaz - powiedziałam zła.
Ignis wycofała się posłusznie, a ja zniknęłam wśród gałęzi. Gdy tylko byłam w bezpiecznej odległości, ruszyłam biegiem przed siebie... Nagle usłyszałam wołanie:
- Księżniczko!
I poirytowany głos Vitrusa:
- Mówiłem ci, żebyś nie spuszczała jej z oka. Wiedziałem, że prędzej czy później ucieknie - przyśpieszyłam. Biegnąc zgubiłam moje buty. Już widziałem światło wydzierające się przez osłonę drzew. Wybiegłam z lasu i znalazłam się na łące. Przed sobą ujrzałam wzniesienia, w przejściu przez nie stały dwa posągi przedstawiające dwóch elfickich królów. Gdy tylko podeszłam bliżej ujrzałam wartownika.
- Kim jesteś? - spytał podejrzliwie strażnik.
- Nazywam się Tenebris i jestem księżniczką Królestwa Czarownic - powiedziałam dumnie poprawiając ubranie.
- Nie wyglądasz na czarownice. Czy czarownice nie powinny być brzydkie? - spytał oglądając mnie od stup do głowy zatrzymując się na gołych stopach.
- Jak śmiesz! - powiedziałam oburzona - To tylko pozory.
- Co się tu dzieję? - usłyszałam kobiecy głos wydobywający się zza wartownika. Ten obrócił się i moim oczom ukazała się blond włosa elfka.
<Dinel>
<Atme>
Mam nadzieję, że rozdział się podoba trochę komiczny, ale właśnie takie mi się podobają
- Najpierw wyruszamy do Królestwa Elfów. - powiedziałam do moich przybocznych m.in :
Ignis - czarnowłosa czarownica, Virtus - potężny brunet, Malum - szybki blondyn, Quies - brązowo włosa łuczniczka. Normalnie armia...
Wyruszyliśmy....
powoli oddalaliśmy się od zamku. Czułam, że jestem obserwowana przez eskortę.Wyjechaliśmy poza granice Arce.Chciałam jak najszybciej uciec straży.
Las!!
To dobre miejsce na ucieczkę. Jechaliśmy monotonnie przez cztery godziny. Ujrzałam skraj puszczy, a w mojej głowie już układał się plan ucieczki. Gdy tylko byliśmy już w lesie, zaproponowałam postój.
- Muszę na stronę - powiedziałam zniesmaczona idąc w stronę krzaków. Ignis zerwała się z miejsca i poszła za mną.
- Tam idę SAMA! - syknęłam oburzona.
- Ale księżniczko - jęknęła Ignis
- Nie księżniczkuj mi tu! To był rozkaz - powiedziałam zła.
Ignis wycofała się posłusznie, a ja zniknęłam wśród gałęzi. Gdy tylko byłam w bezpiecznej odległości, ruszyłam biegiem przed siebie... Nagle usłyszałam wołanie:
- Księżniczko!
I poirytowany głos Vitrusa:
- Mówiłem ci, żebyś nie spuszczała jej z oka. Wiedziałem, że prędzej czy później ucieknie - przyśpieszyłam. Biegnąc zgubiłam moje buty. Już widziałem światło wydzierające się przez osłonę drzew. Wybiegłam z lasu i znalazłam się na łące. Przed sobą ujrzałam wzniesienia, w przejściu przez nie stały dwa posągi przedstawiające dwóch elfickich królów. Gdy tylko podeszłam bliżej ujrzałam wartownika.
- Kim jesteś? - spytał podejrzliwie strażnik.
- Nazywam się Tenebris i jestem księżniczką Królestwa Czarownic - powiedziałam dumnie poprawiając ubranie.
- Nie wyglądasz na czarownice. Czy czarownice nie powinny być brzydkie? - spytał oglądając mnie od stup do głowy zatrzymując się na gołych stopach.
- Jak śmiesz! - powiedziałam oburzona - To tylko pozory.
- Co się tu dzieję? - usłyszałam kobiecy głos wydobywający się zza wartownika. Ten obrócił się i moim oczom ukazała się blond włosa elfka.
<Dinel>
<Atme>
Mam nadzieję, że rozdział się podoba trochę komiczny, ale właśnie takie mi się podobają
niedziela, 2 czerwca 2013
Od Tsumetai'a
Czy wiedzieliście, że nawet ciemność ma swoje rodzaje ?
Ciemność po zgaszeniu światła - mrok wypełniający salę. Po kilku chwilach czy przyzwyczajają się i można dostrzec przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu.
Ciemność gęstego lasu - cień skrywający tajemnicę, a nawet najskrytsze pragnienia.
Ciemność widziana po śmierci - najbardziej skryta i nieznana nam.
Istnieje jeszcze więcej rodzai ciemności, mroku otaczającego nas z każdej strony, występującego nawet w naszych sercach. Ciemność można porównać do lodu.
Lód topnieje przemieniając się w coś spokojnego, a ciemność znika gdy ujrzy światło. Są lody niebezpieczne ale także przyjazne - tak samo jak z ciemnością.
Wielu z naszych mówiło o lodzie jak o przemijającym mroku. Najlepiej jednak lód prezentuje się na płatkach szkarłatnego lotosu, który kolor przypomina niczym świeża krew. Dlatego nasz ród zwał się Szkarłatny Lotos Lodu.
Został jednak zgładzony - tak jakby zmienił się w wodę i nigdy nie istniał pod postacią lodu. Zniknął jak ciemność pod wpływem światła. Nic nie pozostało po nim, o prócz mnie. Ostatniego członka aniołów Szkarłatnego Lotosu Lodu.
O dziwo dla nas nie zabiła nas choroba czy zaraza. Nie zniszczyła nas inna rasa - zniszczył nas sam Bóg stworzyciel tego świata. Nadal nie wiem czemu to zrobił i czemu akurat mnie pozostawił przy życiu ? Zadaję te pytania już od wieków.
Bóg dał mi drugą szansę w Alarum. Tu zacznę od początku - tak przynajmniej nakazał mi Stwórca.
Ciemność po zgaszeniu światła - mrok wypełniający salę. Po kilku chwilach czy przyzwyczajają się i można dostrzec przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu.
Ciemność gęstego lasu - cień skrywający tajemnicę, a nawet najskrytsze pragnienia.
Ciemność widziana po śmierci - najbardziej skryta i nieznana nam.
Istnieje jeszcze więcej rodzai ciemności, mroku otaczającego nas z każdej strony, występującego nawet w naszych sercach. Ciemność można porównać do lodu.
Lód topnieje przemieniając się w coś spokojnego, a ciemność znika gdy ujrzy światło. Są lody niebezpieczne ale także przyjazne - tak samo jak z ciemnością.
Wielu z naszych mówiło o lodzie jak o przemijającym mroku. Najlepiej jednak lód prezentuje się na płatkach szkarłatnego lotosu, który kolor przypomina niczym świeża krew. Dlatego nasz ród zwał się Szkarłatny Lotos Lodu.
Został jednak zgładzony - tak jakby zmienił się w wodę i nigdy nie istniał pod postacią lodu. Zniknął jak ciemność pod wpływem światła. Nic nie pozostało po nim, o prócz mnie. Ostatniego członka aniołów Szkarłatnego Lotosu Lodu.
O dziwo dla nas nie zabiła nas choroba czy zaraza. Nie zniszczyła nas inna rasa - zniszczył nas sam Bóg stworzyciel tego świata. Nadal nie wiem czemu to zrobił i czemu akurat mnie pozostawił przy życiu ? Zadaję te pytania już od wieków.
Bóg dał mi drugą szansę w Alarum. Tu zacznę od początku - tak przynajmniej nakazał mi Stwórca.
czwartek, 30 maja 2013
Od Dinel
Słońce wschodzi...Wiatr z północy...Mam już nudności...Wstałam z łóżka i pochwyciłam łuk i zeszłam po schodach.
-A dokąd to pani?-spytał mój kucharz-Tak bez śniadania?
-Dokładnie.-prychnęłam i odepchnęłam go na bok.Wyszłam z zamku.Potem zeszłam w stronę trzeciego pierścienia,potem do drugiego i wreszcie do pierwszego.Ten podział mnie wykończy,chyba trzeba zezwolić na dorożki w tych miejscach...Zdyszana wyszłam poza mury.Gwizdnęłam przeciągle.Nagle w blasku wschodzącego słońca wylądował srebrno grzywy rumak...Celeste...Jak na razie mój jedyny przyjaciel.
Wsiadłam na klacz,jechałam na niej na oklep.Wszystko pięknie,ale nagle HUK!Celeste spłoszona pognała do lasu,ale spadłam.
-Ała...Mój tyłek..-parsknęłam i wstałam-Zabije Alchemika!-syknęłam.
Szybko wlazłam za mury...Znowu schody!!!Zabiję się teraz jak nie później...Zaczęłam wlec się w górę.Na szczęście ten niekompetentny idiota ma pracownie nisko w pierwszym pierścieniu.Zapukałam gwałtownie.Drzwi otworzył mi elf niższego wzrostu w okularach,cały osmolony.
-O królowa...Co pani...Tu...Heh...Robi.
-Przychodzę,by oświadczyć,że jutro masz się zjawić na egzekucji.-dodałam niby spokojnie.
-Och,a poco...Ja tam?-spytał poprawiając okulary.
-Żebyś zawisł głupcze,spłoszyłeś mojego konia!-krzyknęłam,
-Wie pani,po co te nerwy?Należy się cieszyć,koń mógł mieć wściekliznę.
Uderzyłam się w czoło i bez słowa siadłam na schodach nieco niżej.
-A pani nie idzie?
-Nie,mam obity tyłek i jestem zmachana,jeżeli jeszcze raz zejdę po tych schodach osobiście rzucę się z dachu.
Kiedy słońce było już w zenicie leżałam jak placek na schodach.W końcu wstałam i znów zlazłam.
Ponownie gwizdnęłam,klacz znowu się pokazała.Wsiadłam na nią i zaraz ruszyłam.Dałam jej zawieść mnie tam gdzie chce.Ja ufałam jej,a ona mi.Po krótkiej jeździe stanęła na Łące Czterech Wiatrów.Tutaj zawsze było spokojnie,wszystkie cztery wiatry nie docierały do tych miejsc...Szłam do strumyka,tam zaczerpnęłam wody...Wszędzie była mgła,nagle w mgle ujrzałam sylwetkę elfki,była ona ubrana na złoto i rozmywała się w oparach wody.
-Ninquen...-szepnęłam i wyciągnęłam rękę-Kochałaś ten strumień...
Nagle postać znikła a moje ręką zawisła w pustej mgle.Siadłam smutna na brzegu strumienia,a klacz lekko dotknęła mnie chrapą na pocieszenie.
C.D.N.
-A dokąd to pani?-spytał mój kucharz-Tak bez śniadania?
-Dokładnie.-prychnęłam i odepchnęłam go na bok.Wyszłam z zamku.Potem zeszłam w stronę trzeciego pierścienia,potem do drugiego i wreszcie do pierwszego.Ten podział mnie wykończy,chyba trzeba zezwolić na dorożki w tych miejscach...Zdyszana wyszłam poza mury.Gwizdnęłam przeciągle.Nagle w blasku wschodzącego słońca wylądował srebrno grzywy rumak...Celeste...Jak na razie mój jedyny przyjaciel.
Wsiadłam na klacz,jechałam na niej na oklep.Wszystko pięknie,ale nagle HUK!Celeste spłoszona pognała do lasu,ale spadłam.
-Ała...Mój tyłek..-parsknęłam i wstałam-Zabije Alchemika!-syknęłam.
Szybko wlazłam za mury...Znowu schody!!!Zabiję się teraz jak nie później...Zaczęłam wlec się w górę.Na szczęście ten niekompetentny idiota ma pracownie nisko w pierwszym pierścieniu.Zapukałam gwałtownie.Drzwi otworzył mi elf niższego wzrostu w okularach,cały osmolony.
-O królowa...Co pani...Tu...Heh...Robi.
-Przychodzę,by oświadczyć,że jutro masz się zjawić na egzekucji.-dodałam niby spokojnie.
-Och,a poco...Ja tam?-spytał poprawiając okulary.
-Żebyś zawisł głupcze,spłoszyłeś mojego konia!-krzyknęłam,
-Wie pani,po co te nerwy?Należy się cieszyć,koń mógł mieć wściekliznę.
Uderzyłam się w czoło i bez słowa siadłam na schodach nieco niżej.
-A pani nie idzie?
-Nie,mam obity tyłek i jestem zmachana,jeżeli jeszcze raz zejdę po tych schodach osobiście rzucę się z dachu.
Kiedy słońce było już w zenicie leżałam jak placek na schodach.W końcu wstałam i znów zlazłam.
Ponownie gwizdnęłam,klacz znowu się pokazała.Wsiadłam na nią i zaraz ruszyłam.Dałam jej zawieść mnie tam gdzie chce.Ja ufałam jej,a ona mi.Po krótkiej jeździe stanęła na Łące Czterech Wiatrów.Tutaj zawsze było spokojnie,wszystkie cztery wiatry nie docierały do tych miejsc...Szłam do strumyka,tam zaczerpnęłam wody...Wszędzie była mgła,nagle w mgle ujrzałam sylwetkę elfki,była ona ubrana na złoto i rozmywała się w oparach wody.
-Ninquen...-szepnęłam i wyciągnęłam rękę-Kochałaś ten strumień...
Nagle postać znikła a moje ręką zawisła w pustej mgle.Siadłam smutna na brzegu strumienia,a klacz lekko dotknęła mnie chrapą na pocieszenie.
C.D.N.
Sarah ' Łowy '
Wybierałam się właśnie na łowy, ponieważ tak rozkazała mi ciotka. Kiedy próbowałam zdobyć pożywienie, jednocześnie musiałam uważać na czyhające niebezpieczeństwo. Byłam zwykło elfką, niby nic nie znaczącą, bezbronną i słabą. Idealny łup dla wampirów, wilkołaków, ogrów, trolli i innych obrzydliwości. Felicja nauczyła mnie prostych zaklęć, które ułatwiają mi życie w królestwie czarownic. Nie jestem tam, gdzie być powinnam, ale co mam zrobić? Po mojej ukochanej Dryvilli nic już praktycznie nie zostało, tylko opustoszałe domki i kamienie. Dla mnie to była wioska marzeń, a teraz... strach się tam wybrać. Zwłaszcza, że jest to w innej krainie.
W pewnym momencie usłyszałam dźwięk łamanej gałązki. Schowałam się za krzakiem, napięłam cięciwę i przygotowywałam się do strzału, przy okazji poszukując łupu. W pewnym momencie poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu. Puściłam łuk i chwyciłam kogoś za nadgarstek, a następnie zarzuciłam nim przed siebie. Kiedy zauważyłam potencjalnego zbója wybuchłam śmiechem.
- Ferusie, dobrze wiesz jak kończy się zastraszanie mojej osoby - podałam mu pomocną dłoń, by pomóc mu wstać.
- Właśnie mi o tym przypomniałaś - chwycił swój kark i się skrzywił - jak w takim małym stworzeniu mieści się tyle siły?
Ferus to mój dobry przyjaciel, czarownik. Mieszkał niedaleko, a gdy byliśmy młodsi uwielbialiśmy gonić się po lesie, lub chować. Pomógł wyjść mi z rozpaczy, jaką przeżywałam po śmierci krewnych. Miałam pewność, że nigdy mnie nie zawiedzie ani nie zostawi w potrzebie.
Spostrzegłam nagle sarnę, która piła ze stawu. Gestem kazałam kompanowi milczeć. Podniosłam szybko swój ukochany łuk i z całej siły napięłam cięciwę wymierzając strzale cel. Trafiłam prosto w serce, a jednocześnie obserwowałam jak ze czworonoga wycieka życie. Trawa pod nią zrobiła się czerwona od krwi, a jej martwe oczy wpatrywały się we mnie. Westchnęłam i sznurkiem, który miałam przyczepiony do pasa na moim biodrze, przywiązałam jej łapy. Ferus wziął ją na barki i podążyliśmy w stronę domu Felicji.
- Piękna i niebezpieczna elfka to marzenie każdego mężczyzny - zwrócił się do mnie. Wyszczerzyłam swoje zęby w uśmiechu.
- Chciałeś chyba rzec, utrapieniem - takie teksty często mnie onieśmielały, nie interesowały mnie związki. Jestem młoda i całe życie przede mną, a przynajmniej tak mi mówiono.
- Skądże. Nawet nie wiesz ilu chciałoby mieć Ciebie za żonę - jego niebieskie oczy zawsze wywoływały u mnie uśmiech. Były wesołe i pełne życia.
- Znasz moje zdanie, przyjacielu - przyśpieszyłam kroku.
- Oczywiście - puścił mi oczko.
Po chwili ujrzeliśmy niewielki skalny domek, zamieszkiwany przeze mnie. Ciotka siedziała na ławce, którą zrobił Ferus w podzięce za posiłek.
- Jestem ciociu! - krzyknęłam dość głośno. Kobieta o siwych włosach i malinowych oczach wstała żwawo i wyszła nam na przywitanie. Chłopak skłonił się nisko, jak wypadała kultura.
- Chłopcze, ile razy mam powtarzać byś nie wyginał się na mój widok - rzekła odbierając od niego sarnę - długo kazałaś sobie czekać Sarah.
- Przepraszam - jęknęłam posłusznie.
- Ważne, że nic Ci nie jest drogie dziecko - ucałowała mnie w czoło - zostaniesz Ferusie na uczcie?
- Jeśli to żaden problem, to z przyjemnością - odpowiedział miło i radośnie. Wiedźma teraz zwróciła się do mnie.
- Jutro z samego rana podążysz do pałacu. Zaniesiesz tam rubiny Norze.
- Tak uczynię.
W pewnym momencie usłyszałam dźwięk łamanej gałązki. Schowałam się za krzakiem, napięłam cięciwę i przygotowywałam się do strzału, przy okazji poszukując łupu. W pewnym momencie poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu. Puściłam łuk i chwyciłam kogoś za nadgarstek, a następnie zarzuciłam nim przed siebie. Kiedy zauważyłam potencjalnego zbója wybuchłam śmiechem.
- Ferusie, dobrze wiesz jak kończy się zastraszanie mojej osoby - podałam mu pomocną dłoń, by pomóc mu wstać.
- Właśnie mi o tym przypomniałaś - chwycił swój kark i się skrzywił - jak w takim małym stworzeniu mieści się tyle siły?
Ferus to mój dobry przyjaciel, czarownik. Mieszkał niedaleko, a gdy byliśmy młodsi uwielbialiśmy gonić się po lesie, lub chować. Pomógł wyjść mi z rozpaczy, jaką przeżywałam po śmierci krewnych. Miałam pewność, że nigdy mnie nie zawiedzie ani nie zostawi w potrzebie.
Spostrzegłam nagle sarnę, która piła ze stawu. Gestem kazałam kompanowi milczeć. Podniosłam szybko swój ukochany łuk i z całej siły napięłam cięciwę wymierzając strzale cel. Trafiłam prosto w serce, a jednocześnie obserwowałam jak ze czworonoga wycieka życie. Trawa pod nią zrobiła się czerwona od krwi, a jej martwe oczy wpatrywały się we mnie. Westchnęłam i sznurkiem, który miałam przyczepiony do pasa na moim biodrze, przywiązałam jej łapy. Ferus wziął ją na barki i podążyliśmy w stronę domu Felicji.
- Piękna i niebezpieczna elfka to marzenie każdego mężczyzny - zwrócił się do mnie. Wyszczerzyłam swoje zęby w uśmiechu.
- Chciałeś chyba rzec, utrapieniem - takie teksty często mnie onieśmielały, nie interesowały mnie związki. Jestem młoda i całe życie przede mną, a przynajmniej tak mi mówiono.
- Skądże. Nawet nie wiesz ilu chciałoby mieć Ciebie za żonę - jego niebieskie oczy zawsze wywoływały u mnie uśmiech. Były wesołe i pełne życia.
- Znasz moje zdanie, przyjacielu - przyśpieszyłam kroku.
- Oczywiście - puścił mi oczko.
Po chwili ujrzeliśmy niewielki skalny domek, zamieszkiwany przeze mnie. Ciotka siedziała na ławce, którą zrobił Ferus w podzięce za posiłek.
- Jestem ciociu! - krzyknęłam dość głośno. Kobieta o siwych włosach i malinowych oczach wstała żwawo i wyszła nam na przywitanie. Chłopak skłonił się nisko, jak wypadała kultura.
- Chłopcze, ile razy mam powtarzać byś nie wyginał się na mój widok - rzekła odbierając od niego sarnę - długo kazałaś sobie czekać Sarah.
- Przepraszam - jęknęłam posłusznie.
- Ważne, że nic Ci nie jest drogie dziecko - ucałowała mnie w czoło - zostaniesz Ferusie na uczcie?
- Jeśli to żaden problem, to z przyjemnością - odpowiedział miło i radośnie. Wiedźma teraz zwróciła się do mnie.
- Jutro z samego rana podążysz do pałacu. Zaniesiesz tam rubiny Norze.
- Tak uczynię.
Od Tenebris
Ogarniało mnie zmartwienie,to dziś...Miałam przedstawić moim rodzicom plan na który wpadłam.Kierowałam się do sali tronowej,a nerwy powoli mnie zżerały.Przeczuwałam jak zareagują,zawsze byłam,jestem i będę ich małą Ten.
Stanęłam przed wielkimi czarnymi drzwiami,były one zdobione złotymi wężami oplatującymi się wokół roślin.Wrota otworzyły się ujrzałam dwóch poważnych i wysokich odźwiernych,a na końcu sali na tronach siedzieli moi rodzice.Szłam ostrożnie acz stanowczo,nagle ozwała się moja matka Darkness:
-Wraz z ojcem postanowiliśmy wysłuchać Twego "wspaniałego" jak mówisz planu.-skończyła i zagarnęła kruczo czarne włosy za ucho.
-Więc mów córeczko...-powiedział ojciec układając się wygodnie na tronie.
-Od lat pomiędzy Siedmioma Królestwami wre wojna.Ja Telebris chce ją przerwać!-powiedziałam używając królewskiego tonu.-Chcę wyruszyć,by paktować z władcami reszty królestw i poprosić ich o pokój.I liczę w tym na wszą pomoc,udzielcie mi najrychlej:konia,byle szybkiego,prowiantu i dobrego oręża.
-A gwardia?-spytał ożywiony ojciec.
-Chcę wyruszyć sama bez eskorty,jestem dorosła i dam radę.
-Ale córciu...-jęknęła królowa.
-Od wielu lat zatrudniacie najlepszych nauczycieli by trenowali mnie w różnych dziedzinach:obronie,walce,jeździe konnej,magii...-wymieniałam pokazując na palcach.
-Tak...Ale to ma się Tobie przydać w razie najwyższego nie bezpieczeństwa.Ten,jesteś moją jedyną następczynią i nie chcę by coś Ci się stało.-dodała zmartwiona.
-Nie poskąpimy ci straży,a konia dostaniesz najrychlejszego jakiego w swej stajni mamy,oręż naostrzony i wytrzymały,a jedzenia dostaniesz tyle ile pomieści twa sakwa.-dodał Hope (mój ojciec) wstając i podchodząc do mnie.-Tylko obiecaj mi jedno nie narażaj się bez powodu i przyjedź tu cała i zdrowa.
-Ojcze wiedziałam,że zrozumiesz,ale naprawdę nie chcę eskorty.-powiedziałam stanowczo-Nie liczę byście azali czekali na mój powrót,bo może nie nastąpić ale pamiętajcie,gdziekolwiek będę w mojej pamięci pozostaniecie.
-Ten,masz młode i mężne serce,wiem,że wrócisz.-powiedział ojciec klepiąc mnie w ramię-Ale eskkortę i tak dostaniesz.-dodał na koniec przez śmiech.
Odwzajemniłam się również cichym chichotem i poszłam do zbrojowni.
C.D.N.
Stanęłam przed wielkimi czarnymi drzwiami,były one zdobione złotymi wężami oplatującymi się wokół roślin.Wrota otworzyły się ujrzałam dwóch poważnych i wysokich odźwiernych,a na końcu sali na tronach siedzieli moi rodzice.Szłam ostrożnie acz stanowczo,nagle ozwała się moja matka Darkness:
-Wraz z ojcem postanowiliśmy wysłuchać Twego "wspaniałego" jak mówisz planu.-skończyła i zagarnęła kruczo czarne włosy za ucho.
-Więc mów córeczko...-powiedział ojciec układając się wygodnie na tronie.
-Od lat pomiędzy Siedmioma Królestwami wre wojna.Ja Telebris chce ją przerwać!-powiedziałam używając królewskiego tonu.-Chcę wyruszyć,by paktować z władcami reszty królestw i poprosić ich o pokój.I liczę w tym na wszą pomoc,udzielcie mi najrychlej:konia,byle szybkiego,prowiantu i dobrego oręża.
-A gwardia?-spytał ożywiony ojciec.
-Chcę wyruszyć sama bez eskorty,jestem dorosła i dam radę.
-Ale córciu...-jęknęła królowa.
-Od wielu lat zatrudniacie najlepszych nauczycieli by trenowali mnie w różnych dziedzinach:obronie,walce,jeździe konnej,magii...-wymieniałam pokazując na palcach.
-Tak...Ale to ma się Tobie przydać w razie najwyższego nie bezpieczeństwa.Ten,jesteś moją jedyną następczynią i nie chcę by coś Ci się stało.-dodała zmartwiona.
-Nie poskąpimy ci straży,a konia dostaniesz najrychlejszego jakiego w swej stajni mamy,oręż naostrzony i wytrzymały,a jedzenia dostaniesz tyle ile pomieści twa sakwa.-dodał Hope (mój ojciec) wstając i podchodząc do mnie.-Tylko obiecaj mi jedno nie narażaj się bez powodu i przyjedź tu cała i zdrowa.
-Ojcze wiedziałam,że zrozumiesz,ale naprawdę nie chcę eskorty.-powiedziałam stanowczo-Nie liczę byście azali czekali na mój powrót,bo może nie nastąpić ale pamiętajcie,gdziekolwiek będę w mojej pamięci pozostaniecie.
-Ten,masz młode i mężne serce,wiem,że wrócisz.-powiedział ojciec klepiąc mnie w ramię-Ale eskkortę i tak dostaniesz.-dodał na koniec przez śmiech.
Odwzajemniłam się również cichym chichotem i poszłam do zbrojowni.
C.D.N.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)